tydzień ciężkiej pracy i przygotowań. tydzień, w czasie którego siedzieliśmy w szkole od 8 do 20 albo i dłużej. tydzień żywienia się pączkami z bufetu, pizzą, kebabem i dużą ilością kawy (też ze szkolnego bufetu). to był bardzo dobry tydzień.
a potem była zabawa. do białego rana. tam taaaraaaam. poloneza czas zacząc! bilans nocy z 14 na 15 lutego 2009 wyniósł jednego rozlanego szampana, rozcięty palec opatrzony serwetką, kilka dziur w sukience, baaardzo spuchnięte nogi, strach, że Anka znów sobie krzywde zrobi plus wieeelki uśmiech. skąd tyle energii w nas wszystkich? nie mam pojęcia! z tego miejsca raz jeszcze podziękowania dla Łukasza za dotrzymanie mi towarzystwa, pilnowanie mnie i w ogóle świetną zabawę, opuchliznę i taaak dalej:) był i dzień drugi. dzień drugi i próby taty zatańczenia do muzyki bliżej nie określonej (techno ot somfing lajk dat!). nie da się tego wszystkiego streścic, opisac, powtórzyc. wiedzą tak naprawdę tylko ci, którzy byli tam razem z nami:) dziękuję wszystkim raz jeszcze, każdemu z osobna, chociaż nie sposób teraz wymieniac tu imiona. dziękuję pięknie za cały ten tydzień przygotowań, za dwa dni (a właściwie noce) wspólnie spędzone. za to, że koniec końców wszystko tak właśnie się potoczyło:)
ciężko uwierzyc, że za dwa miesiące już nas nie będzie…
