h1

był sobie długi łikend.

maj 7, 2008

długie łikendy mają to do siebie, że są zbyt krótkie. szczególnie ten ostatni. wiec jakby to powiedzieć.. przyjechała z samiuśkiej stolicy Szania. a jesli Szania przyjeżdża, albo ja do Szani, albo w ogóle razem gdzieś jedziemy to wiadomo, że zabawa będzie przednia. paradoksalnie wspominając wszystkie wspólne wyjazdy okazuje się, że mimo ilości pochłoniętego przez nas pożywienia, jeśli liczyć je w kaloriach, kilogramach i czymkolwiek innym zawsze dziwnym trafem tajemniczo zrzucałyśmy kilka kilogramów (dieta wysokokaloryczna rządzi). no i w sumie od lat niewiele się zmieniło. no może poza głosem zza ściany złowrogo mówiącego ‘z kim Ty dziecko pójdziesz na studniówkę?’ (nietrudno można sie domyślić iż głos ów należy do babci : ) ) tradycyjnie na swych własnych prywatnych nóżkach przeszłyśmy dziesiątki kilometrów z wiecznym (sic!) uśmiechem na twarzy. obowiązkowy punkt programu: lanckorona. dziecko krzyczące ‘tato! tato! mam lody dody!’, smażące się kiełbaski, szarlotka z bitą śmietaną, niewygrane 10 milionów złotych, kilka rysunków od niechcenia. plus droga powrotna na butach (bo długi weekend, wiec komunikacji publicznej zero) i satanistyczny z lekka aniołek, kochany przez tłumy.

a w niedziele padał desz… a, że w czasie deszczu dzieci się nudzą..

i tak moja młodsza siostra okazała się najlepsza w pinballa, troche wstyd przegrac z dwunastolatką. potem przyniosła jeszcze tomb rajdera i strzelałyśmy do bogu ducha winnych zwierząt. no i Lare zadźgałyśmy pare razy, ale cii…

deszcz padał ale wieczornego spaceru nie można sobie było nijak odmówic..

przy okazji był jeszcze kraków, kilka kawiarni, pare wystaw w tym przepełniony ‘depresją’ bunkier sztuki. trochę krwi się polało, lecz najbardziej kopnęła mnie mała kartka a4 wisząca na ścianie, która zastąpiła prace jednego z artystów, Oskara Dawickiego, który na owej wystawie miał się pojawić: ‘Z największą przykrością zawiadamiam, że mój udział w drugiej odsłonie wystawy pt. »Depresja « stał się więcej niż problematyczny, tzn. stał się niemożliwy! Problem polega na tym, że jestem zakochany! I co się rozumie samo przez się, wyklucza mnie to definitywnie z roli eksperta od Depresji!”.

Gdzieś tam jeszcze wypad do kina, “sen kasandry” i z lekka sprana psychika. no i jeszcze martwy Ewan McGregor. ale ogólnie film sądzę iż był całkiem niezły, chociaż na kinie to ja sie zbytnio nie znam.

no to teraz wracamy do szarej rzeczywistości…

h1

śmietnik.

kwiecień 28, 2008

Słońce świeci, pije herbatę , jem ciasteczka z czekoladą (tak, kiedyś radykalnie przez to przytyje), w głośnikach Fisz i jakoś tak całkiem pozytywnie.

Wiosna się zrobiła, przyszedł czas sprzątania, zaczynam od dysku (sic!). Dużo różnych starych, nowych rzeczy.

wieczorne spacery po lesie ostatnio całkiem dobrze wpływają. czasami myślę że wole las niż ludzi. chyba jednak coś w tym jest..

i tak jeszcze w ramach namieszania kompletnego zdjęcie jakieś calkiem przypadkowe zeszłoroczne. takie właśnie duszne, zadymione. sentyment czuje pewnego rodzaju kiedy sobie tak na to zdjęcie patrze.

chyba nawet nie chce mi sie pisać dzisiaj. niedługo będą nowe zdjęcia, niedługo może coś uda się wykrzesać. chyba zbyt senny ten dzień..

h1

takie tam.

kwiecień 23, 2008
myśl pozytywna bardzo:
.
19:39:45 Szania
mam bilet : )
19:40:12 Szania
miejsce przy oknie ;d
.
.
tak.. byle do majowego weekendu. czekam. na szanie czekam. i na pociąg na dworcu.
teraz nawet nie chce mi się wtac zza biurka i wyjsc z domu, ażeby zrobic zdjecia jakiekolwiek. świat obserwuje jedynie z perspektywy swojego fotela. planów tylko co niemiara. wypali, wypali, wypali wszystko. cóż, że plany te dotyczą tylko i wyłącznie fotografii. można i tak. chyba że jeszcze między zdjęcia a zdjęcia uda się wepchnąc jakieś wyjście do kina, na kawe, na spacer, choc z moją genialną organizacją czasu chyba nie ma za bardzo na co liczyc. pewnie jak przejde na emeryture to znajde troche wolnego czasu. narazie za rok matura i inne duperele. dziś panuje ogólnonarodowe ojezusmarianicmisieniechce. jedynym słusznym zajęciem jest nicnierobienie.
.
.
takie tam projekty kartek okolicznościowych z tekstami którymi karmi się moja podświadomość. takie trochę o tym, że święty mikołaj nie istnieje.
h1

holgowe.

kwiecień 19, 2008

pytanie brzmi: za co lubię holge? za to, że mimo iż jest tak strasznie toporna, że musiałam zepsuć rolkę filmu zanim nauczyłam się go wkładać jak należy, mimo tego, że nie byłam do końca pewna czy ona w ogóle działa, a jednak potrafiła pokazać mój świat, obrazki, które widzę dnia każdego idąc do szkoły, czy na spacer właśnie tak jak ja je widzę. nie ma tu żadnego większego sensu, tylko i wyłącznie czysta radośc płynąca z możliwości uchwycenia rzeczy banalnych właśnie tak.

zwracając jeszcze uwagę na meandry techniczne, które zawsze stanowią i stanowic będą dla mnie olbrzymią przeszkodę, zdjęcia się ponakładały, poucinały i ciężko je teraz skleic w jedną całośc (szczególnie dwa ostatnie)

tak sobie myślę pielęgnując w sobie resztki swej kobiecej próżności, że miło byłoby gdyby ktoś kiedyś odważył się zrobić mi zdjęcie na którym czułabym się dobrze sama ze sobą. takie tam. w sumie nie powinno od nikogo wymagac się rzeczy niemożliwych

h1

elect the dead.

kwiecień 16, 2008

była warszawa, był koncert serja tankiana i dużo miłych rzeczy ale ja jak to ja, nie mam ani nawet pół zdjęcia. pociąg na trasie kraków główny -warszawa centralna złapał 10 minut opóźnienia. miło było, burżujstwo pełną mordą, intesiti z miejscóweczką, plecaki wypchane jedzeniem które i tak wypatroszyła miła pani przy wejściu do stodoły pare godzin później. ah ta polska młodzież, troche dziwnie czułam się w zmiętym podkoszulku i dżinsach patrząc na ludzi siedzących w przedziale i rozmawiających o niuansach finansów publicznych naszego pięknego kraju ale to tylko drobny szczegół. na dworcu kiedy już wysypaliśmy się z pociągu niezmiernie miło było zobaczyć Szanię i Nezz, bo już chyba prawie wieki się nie widziałyśmy. potem jeszcze kawka, ciężkostrawny ‘obiad’, przyjechał Michał i tylko szybciutko siuuup w metro i pod stodołę bo czasu było bardzo niewiele. ale koncert jak to koncert, trochę rozpoczęcie się przeciągnęło, ludzie zaczęli się tłoczyć jak sardynki w puszce, a ja sobie myślałam, że w sumie to troche głupie bo w sumie płytę Serja przesłuchałam jakieś dwa razy przy okazji czegoś tam, ale cóż, przecież miało to byc swego rodzaju spełnienie marzeń wręcz dziecięcych jeszcze. zaczęło się. support w postaci grupy InMe nie poraził mnie oryginalnością swojego repertuaru, ale trochę wprowadził w klimat późniejszych wydarzeń. Jak już się zaczęło wreszcie (uff) zrobił się młyn nielada i tym samym sposobem perfidnie dostaliśmy się, jak sądzę, w bardzo sympatyczne miejsce, mając kilka metrów do sceny. pięknie było. poskakać, potupać, wywrzeszczeć się. Serj się cieszył, towarzystwo me koncertowe też się cieszyło. a kiedy już na sam koniec przywalił tytułowy utwór Elect the dead to prawie buty mi spadły z nóg, niewiarygodnie wręcz pięknie to brzmiało. po wyjściu wyglądaliśmy jak po wyjściu spod prysznica ale warto było jechać tyle kilometrów, poświecić ten czas, ażeby się tam znaleźć. zamiast po koncertowego noclegu u Szani była przegadana noc, pełna wspomnień z lat całych, bo my już stare dupy jesteśmy i znamy się już bardzo długo  : )

zdjęcie ukradłam z onetu

jakoś pokoncetowo nostalgicznie się zrobiło, więc słucham sobie muzyki (serja bo dopiero po koncercie tak naprawdę dopiero doceniłam siłę płyty Elect the dead), deszcz pada, ja zjadam sobie coś jak zwykle bardzo kalorycznego, bo moje drugie imię brzmi niezdrowe odżywianie. tak sobie myśle… albo nie (:   wygrzebałam gdzieś z dysku stare zdjęcia, z lutego jeszcze. jak dawno nie grałam… brakuje mi tego potwornie, ale z bólem serca stwierdzić muszę, że jednak czasu teraz będzie coraz mniej i pewnie już nigdy nie zagram na gitarze tak jak kiedyś chciałam grac, nie nauczę się słynnych riffów nigdy chyba, brak mi cierpliwości. ale menuet Beethovena gram bardzo ładnie : ) i w tym miejscu przy okazji chciałabym podziękowac Michałowi za pożyczenie gitary (tak, to było bardzo pouczające doświadczenie) no i nie zapominając o Mateuszu również za miłe towarzystwo na koncercie i w drodze do i z warszawy

poprosimy jakieś 15 cieplej, bo zamarzam

h1

cappuccino.

kwiecień 7, 2008


rano uratowało mnie cappuccino. niezbyt słodkie, w moim ulubionym kubku, w tle hey grał.

potem wpadł w ręce Varga, i sączyłam go na równi z kawą, bo jakoś nie umiem go pochłaniać. są książki które czytam w jeden wieczór, ta należy do grona nielicznych, którymi upajam się słowo po słowie, sekunda po sekundzie. i cóż ze 200 stron, też można czytać je pół roku powtarzając każde słowo. czytam więc raz któryś z rzędu i ciągle drąży nieziemsko..

“Mój metaforyczny statek - niech będzie raz a prawdziwie - jeśli nawet był trzeźwy, to płynął donikąd. Wszystko powtarzało sie z nieśmiertelnym rytuałem: wyjeżdżałem, drżąc z podniecenia, gotowy pisać dzienniki i fotografować krajobrazy, a wracałem, mając w pamięci jedynie ciągłe poczucie zmarnowanego czasu i straconych szans.”

trudno się przyznać jak wiele w tym prawdy.
//

i mam ochotę na świeże truskawki.

gwiazdki z nieba są do dupy. każda koniec końców jest jak meteoryt uderzający o ziemię, pozostawiający po sobie jedynie olbrzymich rozmiarów dziurę.

nie wierze w zbiegi okoliczności.

wiosny, wiosny, wiosny, wiosny…. bo jak długo można znosić zimę. miesiąc, dwa… ale nie rok z kawałkiem.

h1

she’s lost control again

kwiecień 3, 2008

byłam sobie w kinie. dawno w sumie, jakieś 2 tygodnie temu z hakiem. przed seansem było burito na szybko, sok pomarańczowy i szukanie biletu po kieszeniach jak to mam w zwyczaju. i co…? seans sie zaczął, a ja słyszałam oddychanie ludzi na sali. cisza absolutna. tak, właśnie tak. przeżycie właściwie niesamowite, film kręcony przez fotografa jest jedną wielką, ruchomą fotografią. ascetyczny w formie i przekazie CONTROL Atona Corbijna wszedł we mnie jak w gąbkę bezpowrotnie. I nagle obraz Joy Division, zespołu który od dawna mnie fascynował stał się pełny. Ian Curtis i jego muzyka to jedno. Nie mnie oceniac, czy to film ‘zły’ czy ‘dobry’, nie jestem krytykiem. Tak czy inaczej bardzo mocno poruszyło..

polecam, bez względu na to, czy ktoś zna ich muzykę czy też nie.

a w zeszłym tygodniu były Kasi urodziny 18 bo już stara jest, i przy okazji zlot DA w Albotaku. miło było zobaczyc tych dobrze znanych już i całkiem nowych znajomych :) zjęcia by me, luszien i qdlaticus

no i na koniec parę słów prawdy które wryły się moją świadomość, tak bardzo adekwatne, a raczej przeciwstawne do tego co teraz robię

a jednak…

no i obiecuję, że zdjęcia pojawią się dziś na digarcie jakieś. a jak się nie pojawią to niedługo będą na blogu

h1

seszyn.

marzec 27, 2008

zdjęcia. jak ja dawno aparatu nie miałam w rękach. ale postanowiłam wybudzić się właśnie ze snu zimowego, co prawda z różnym skutkiem, ale przyznać trzeba, że staram się jak tylko mogę. tak więc w poniedziałek była sesja od siedmiu boleści…. czemu kiedy coś robie zawsze dużo gadam?

moja zdolna siostra zdjęcia robiła o tym jak ja zdjęcia robię : ) zasadniczo jeśli mnie coś natchnie to pokarzę Wam co z tego popołudnia wynikło…

tym czasem idę zając sie czyms ‘pożytecznym’ i obiecuję bywac tu częściej (:

h1

krakowski.

luty 20, 2008

z ostatnich podróży po krakowie.     w locie, szybko, bez przemyślenia.  zbyt mało czasu i zbyt zimno.  paradoksalnie jednak okazuje się że to plus.

już niedługo ruszam może z czymś nowym. przynajmniej mam taką nadzieję.  tymczasem do pracy!

h1

zerojedynki.

styczeń 24, 2008

od dawna nie spadł tutaj prawdziwy deszcz. co najwyżej kwaśny. kwas ten nie bierze się znikąd. podejrzewać można że ogólna zła atmosfera wpływa na niego niezbyt pozytywnie i do kwasu i kwaśności stąd już nie daleko. a jesli nie deszcz to może chociaż słońce? ale też bez żadnego oszukiwania…?

a świat mój straszliwie zawęził się ostatnio. nie dośc że czarno-biały to wygląda właśnie tak..

\i dziękuję Kasi za propozycję nie do odrzucenia, która padła na matematyce;) nic tylko skorzystać. a co prawda przydałoby się chyba…

mimo, że niebo wisi odwrotnie.