Archiwum z wrzesień, 2007

h1

brejk.

wrzesień 30, 2007

tam taaaraaam!

 

 

jestem jakże szczęśliwą posiadaczką biletu na ten jakże wyczekiwany koncert -_-mraaaaaaaaaau…. kocham tą panią.

słońce świeci. ile w domu można siedzieć żeby człowieka nie trafiło? ile hektolitrów herbaty wypić itd. itp. lubię ciacho malinowe i herbatkę lubię. herbatkę w moim kubeczku ale kubek był brudny więc pozostała szklanka, bo niby czemu nie.

mniaaaaam.

zapowiadam jednak, że po długim kompletnienicnierobieniu od przyszłego tygodnia z kopyta ruszam ze zdjęciami. ojjjj będzie się działo! żaden laboludek mi nie straszny a tym bardziej pogoda.

nie chce mi się pisać.

amen.

h1

mmm…

wrzesień 19, 2007

niektóre marzenia, chociażby te całkiem dziecięce, się spełniają, a inne są deptane z impetem… i to butami. trampki, glany, szpilki też.

ale nie ma co jęczeć, lepiej zjeść kremówkę, pouczyć się chemii (sic!).  bo następne marzenie ciut ciut…. o…. i już jest na wyciągnięcie ręki. bogini, idolka moja chociaż to niezupełnie dobre słowo… tadaaam…. tak, tak! nadchodzi! a jeszcze niedawno siedziałam z herbaty kubkiem na parapecie i zastanawiałam się jakby to pięknie było móc pójść na koncert tej jakże niezwykłej i niebanalnej kobietki… no i proszę bardzo! 29 października Róisin Murphy gra w krakowskim Klubie Studio. teraz wystarczy tylko kupić bilecik żeby móc usłyszeć i zobaczyć…

i kto by pomyślał, że kiedyś Ania będzie słuchała takiej muzyki.

uh. no i akurat w sobotę ostatnią grał akurat. wyskakałam wszystkie moje dołki i smutki i inne takie. i chociaż narosło dużo nowych i świeżych to jakaś tajemnicza energia się przyplątała…

h1

krowa.

wrzesień 13, 2007

w koniczynie leże śniąc na wpół. gorzkie słowa leczę miodem.

pluszowy siedzi obok i mówi, że znów coś ściemniam. pewnie ma racje. przecież pluszowy zawsze ma racje. naleśniki z jabłkami są smaczne, a słońce świeci.

krótko o tym, że szatan jest wszędzie. w tabletkach powlekanych babci też. i że dalej nie wiem nic na temat biletów na koncert Róisin Murphy. a ostatnio rysuję jedynie krowy. i nie chce mi się iść do księgarni po zbiór zadań do matmy.

aha. i dodaje, że nie narzekam.

h1

peroxide.

wrzesień 6, 2007

i can fly, but i want his wings.

herbatę piję.

kil de laboludek. pan z labu do odstrzału szczególnie za prześwietlenie kliszy z którą się męczyłam 2 miesiące. ale cóż począć gdy panowie w labie już tak mają że zawsze wszystko spieprzą włącznie z moim nastrojem. ale… ale… odbędzie się próba zreanimowania kilku jakże cennych zdjęć.

szkoła. cóż rzec może licealista w połowie swej szkolnej drogi? no cóż począć skoro mi się po prostu nie chce….? pogoda nie nastraja pozytywnie a wręcz przeciwnie. chociaż katar przestał przeszkadzać tak nieludzko jak jeszcze kilka dni temu. i nawet z braku czasu powstało parę szkiców. tak tak. i jeszcze jedna mała myśl mnie nurtuje.

i can shine even in the darkness
but I crave the light that he brings.

KLIK! do posłuchania w sam raz na dzisiaj i jutro i w ogóle.