Archiwum z kwiecień, 2008

h1

śmietnik.

kwiecień 28, 2008

Słońce świeci, pije herbatę , jem ciasteczka z czekoladą (tak, kiedyś radykalnie przez to przytyje), w głośnikach Fisz i jakoś tak całkiem pozytywnie.

Wiosna się zrobiła, przyszedł czas sprzątania, zaczynam od dysku (sic!). Dużo różnych starych, nowych rzeczy.

wieczorne spacery po lesie ostatnio całkiem dobrze wpływają. czasami myślę że wole las niż ludzi. chyba jednak coś w tym jest..

i tak jeszcze w ramach namieszania kompletnego zdjęcie jakieś calkiem przypadkowe zeszłoroczne. takie właśnie duszne, zadymione. sentyment czuje pewnego rodzaju kiedy sobie tak na to zdjęcie patrze.

chyba nawet nie chce mi sie pisać dzisiaj. niedługo będą nowe zdjęcia, niedługo może coś uda się wykrzesać. chyba zbyt senny ten dzień..

h1

takie tam.

kwiecień 23, 2008
myśl pozytywna bardzo:
.
19:39:45 Szania
mam bilet : )
19:40:12 Szania
miejsce przy oknie ;d
.
.
tak.. byle do majowego weekendu. czekam. na szanie czekam. i na pociąg na dworcu.
teraz nawet nie chce mi się wtac zza biurka i wyjsc z domu, ażeby zrobic zdjecia jakiekolwiek. świat obserwuje jedynie z perspektywy swojego fotela. planów tylko co niemiara. wypali, wypali, wypali wszystko. cóż, że plany te dotyczą tylko i wyłącznie fotografii. można i tak. chyba że jeszcze między zdjęcia a zdjęcia uda się wepchnąc jakieś wyjście do kina, na kawe, na spacer, choc z moją genialną organizacją czasu chyba nie ma za bardzo na co liczyc. pewnie jak przejde na emeryture to znajde troche wolnego czasu. narazie za rok matura i inne duperele. dziś panuje ogólnonarodowe ojezusmarianicmisieniechce. jedynym słusznym zajęciem jest nicnierobienie.
.
.
takie tam projekty kartek okolicznościowych z tekstami którymi karmi się moja podświadomość. takie trochę o tym, że święty mikołaj nie istnieje.
h1

holgowe.

kwiecień 19, 2008

pytanie brzmi: za co lubię holge? za to, że mimo iż jest tak strasznie toporna, że musiałam zepsuć rolkę filmu zanim nauczyłam się go wkładać jak należy, mimo tego, że nie byłam do końca pewna czy ona w ogóle działa, a jednak potrafiła pokazać mój świat, obrazki, które widzę dnia każdego idąc do szkoły, czy na spacer właśnie tak jak ja je widzę. nie ma tu żadnego większego sensu, tylko i wyłącznie czysta radośc płynąca z możliwości uchwycenia rzeczy banalnych właśnie tak.

zwracając jeszcze uwagę na meandry techniczne, które zawsze stanowią i stanowic będą dla mnie olbrzymią przeszkodę, zdjęcia się ponakładały, poucinały i ciężko je teraz skleic w jedną całośc (szczególnie dwa ostatnie)

tak sobie myślę pielęgnując w sobie resztki swej kobiecej próżności, że miło byłoby gdyby ktoś kiedyś odważył się zrobić mi zdjęcie na którym czułabym się dobrze sama ze sobą. takie tam. w sumie nie powinno od nikogo wymagac się rzeczy niemożliwych

h1

elect the dead.

kwiecień 16, 2008

była warszawa, był koncert serja tankiana i dużo miłych rzeczy ale ja jak to ja, nie mam ani nawet pół zdjęcia. pociąg na trasie kraków główny -warszawa centralna złapał 10 minut opóźnienia. miło było, burżujstwo pełną mordą, intesiti z miejscóweczką, plecaki wypchane jedzeniem które i tak wypatroszyła miła pani przy wejściu do stodoły pare godzin później. ah ta polska młodzież, troche dziwnie czułam się w zmiętym podkoszulku i dżinsach patrząc na ludzi siedzących w przedziale i rozmawiających o niuansach finansów publicznych naszego pięknego kraju ale to tylko drobny szczegół. na dworcu kiedy już wysypaliśmy się z pociągu niezmiernie miło było zobaczyć Szanię i Nezz, bo już chyba prawie wieki się nie widziałyśmy. potem jeszcze kawka, ciężkostrawny ‘obiad’, przyjechał Michał i tylko szybciutko siuuup w metro i pod stodołę bo czasu było bardzo niewiele. ale koncert jak to koncert, trochę rozpoczęcie się przeciągnęło, ludzie zaczęli się tłoczyć jak sardynki w puszce, a ja sobie myślałam, że w sumie to troche głupie bo w sumie płytę Serja przesłuchałam jakieś dwa razy przy okazji czegoś tam, ale cóż, przecież miało to byc swego rodzaju spełnienie marzeń wręcz dziecięcych jeszcze. zaczęło się. support w postaci grupy InMe nie poraził mnie oryginalnością swojego repertuaru, ale trochę wprowadził w klimat późniejszych wydarzeń. Jak już się zaczęło wreszcie (uff) zrobił się młyn nielada i tym samym sposobem perfidnie dostaliśmy się, jak sądzę, w bardzo sympatyczne miejsce, mając kilka metrów do sceny. pięknie było. poskakać, potupać, wywrzeszczeć się. Serj się cieszył, towarzystwo me koncertowe też się cieszyło. a kiedy już na sam koniec przywalił tytułowy utwór Elect the dead to prawie buty mi spadły z nóg, niewiarygodnie wręcz pięknie to brzmiało. po wyjściu wyglądaliśmy jak po wyjściu spod prysznica ale warto było jechać tyle kilometrów, poświecić ten czas, ażeby się tam znaleźć. zamiast po koncertowego noclegu u Szani była przegadana noc, pełna wspomnień z lat całych, bo my już stare dupy jesteśmy i znamy się już bardzo długo  : )

zdjęcie ukradłam z onetu

jakoś pokoncetowo nostalgicznie się zrobiło, więc słucham sobie muzyki (serja bo dopiero po koncercie tak naprawdę dopiero doceniłam siłę płyty Elect the dead), deszcz pada, ja zjadam sobie coś jak zwykle bardzo kalorycznego, bo moje drugie imię brzmi niezdrowe odżywianie. tak sobie myśle… albo nie (:   wygrzebałam gdzieś z dysku stare zdjęcia, z lutego jeszcze. jak dawno nie grałam… brakuje mi tego potwornie, ale z bólem serca stwierdzić muszę, że jednak czasu teraz będzie coraz mniej i pewnie już nigdy nie zagram na gitarze tak jak kiedyś chciałam grac, nie nauczę się słynnych riffów nigdy chyba, brak mi cierpliwości. ale menuet Beethovena gram bardzo ładnie : ) i w tym miejscu przy okazji chciałabym podziękowac Michałowi za pożyczenie gitary (tak, to było bardzo pouczające doświadczenie) no i nie zapominając o Mateuszu również za miłe towarzystwo na koncercie i w drodze do i z warszawy

poprosimy jakieś 15 cieplej, bo zamarzam

h1

cappuccino.

kwiecień 7, 2008


rano uratowało mnie cappuccino. niezbyt słodkie, w moim ulubionym kubku, w tle hey grał.

potem wpadł w ręce Varga, i sączyłam go na równi z kawą, bo jakoś nie umiem go pochłaniać. są książki które czytam w jeden wieczór, ta należy do grona nielicznych, którymi upajam się słowo po słowie, sekunda po sekundzie. i cóż ze 200 stron, też można czytać je pół roku powtarzając każde słowo. czytam więc raz któryś z rzędu i ciągle drąży nieziemsko..

“Mój metaforyczny statek – niech będzie raz a prawdziwie – jeśli nawet był trzeźwy, to płynął donikąd. Wszystko powtarzało sie z nieśmiertelnym rytuałem: wyjeżdżałem, drżąc z podniecenia, gotowy pisać dzienniki i fotografować krajobrazy, a wracałem, mając w pamięci jedynie ciągłe poczucie zmarnowanego czasu i straconych szans.”

trudno się przyznać jak wiele w tym prawdy.
//

i mam ochotę na świeże truskawki.

gwiazdki z nieba są do dupy. każda koniec końców jest jak meteoryt uderzający o ziemię, pozostawiający po sobie jedynie olbrzymich rozmiarów dziurę.

nie wierze w zbiegi okoliczności.

wiosny, wiosny, wiosny, wiosny…. bo jak długo można znosić zimę. miesiąc, dwa… ale nie rok z kawałkiem.