Archiwum kategorii ‘muzyka’

h1

koniec.

wrzesień 1, 2008

wakacje były i się skończyły, a jako, że ania się wakacjowała to nawet zdjęc jej się robic nie chciało. tak czy inaczej wracamy do mniej lub bardziej szarej rzeczywistości acz z uśmiechem.

były gdzieś tam po drodze bieszczady, trochę zbyt zatłoczone może, ale piękne jak zawsze.

gdzieś tam po drodze się zestarzałam, był tort orzechowy i ogień w kominku. przy okazji aparat roztrzaskany na podłodze też się przydarzył z nienacka.

pięknie pachną róże i gdzieś już z oddali wisząca w powietrzu jesień.

i muzyka. nie chce wiele pisac, wole posłuchac….

h1

elect the dead.

kwiecień 16, 2008

była warszawa, był koncert serja tankiana i dużo miłych rzeczy ale ja jak to ja, nie mam ani nawet pół zdjęcia. pociąg na trasie kraków główny -warszawa centralna złapał 10 minut opóźnienia. miło było, burżujstwo pełną mordą, intesiti z miejscóweczką, plecaki wypchane jedzeniem które i tak wypatroszyła miła pani przy wejściu do stodoły pare godzin później. ah ta polska młodzież, troche dziwnie czułam się w zmiętym podkoszulku i dżinsach patrząc na ludzi siedzących w przedziale i rozmawiających o niuansach finansów publicznych naszego pięknego kraju ale to tylko drobny szczegół. na dworcu kiedy już wysypaliśmy się z pociągu niezmiernie miło było zobaczyć Szanię i Nezz, bo już chyba prawie wieki się nie widziałyśmy. potem jeszcze kawka, ciężkostrawny ‘obiad’, przyjechał Michał i tylko szybciutko siuuup w metro i pod stodołę bo czasu było bardzo niewiele. ale koncert jak to koncert, trochę rozpoczęcie się przeciągnęło, ludzie zaczęli się tłoczyć jak sardynki w puszce, a ja sobie myślałam, że w sumie to troche głupie bo w sumie płytę Serja przesłuchałam jakieś dwa razy przy okazji czegoś tam, ale cóż, przecież miało to byc swego rodzaju spełnienie marzeń wręcz dziecięcych jeszcze. zaczęło się. support w postaci grupy InMe nie poraził mnie oryginalnością swojego repertuaru, ale trochę wprowadził w klimat późniejszych wydarzeń. Jak już się zaczęło wreszcie (uff) zrobił się młyn nielada i tym samym sposobem perfidnie dostaliśmy się, jak sądzę, w bardzo sympatyczne miejsce, mając kilka metrów do sceny. pięknie było. poskakać, potupać, wywrzeszczeć się. Serj się cieszył, towarzystwo me koncertowe też się cieszyło. a kiedy już na sam koniec przywalił tytułowy utwór Elect the dead to prawie buty mi spadły z nóg, niewiarygodnie wręcz pięknie to brzmiało. po wyjściu wyglądaliśmy jak po wyjściu spod prysznica ale warto było jechać tyle kilometrów, poświecić ten czas, ażeby się tam znaleźć. zamiast po koncertowego noclegu u Szani była przegadana noc, pełna wspomnień z lat całych, bo my już stare dupy jesteśmy i znamy się już bardzo długo  : )

zdjęcie ukradłam z onetu

jakoś pokoncetowo nostalgicznie się zrobiło, więc słucham sobie muzyki (serja bo dopiero po koncercie tak naprawdę dopiero doceniłam siłę płyty Elect the dead), deszcz pada, ja zjadam sobie coś jak zwykle bardzo kalorycznego, bo moje drugie imię brzmi niezdrowe odżywianie. tak sobie myśle… albo nie (:   wygrzebałam gdzieś z dysku stare zdjęcia, z lutego jeszcze. jak dawno nie grałam… brakuje mi tego potwornie, ale z bólem serca stwierdzić muszę, że jednak czasu teraz będzie coraz mniej i pewnie już nigdy nie zagram na gitarze tak jak kiedyś chciałam grac, nie nauczę się słynnych riffów nigdy chyba, brak mi cierpliwości. ale menuet Beethovena gram bardzo ładnie : ) i w tym miejscu przy okazji chciałabym podziękowac Michałowi za pożyczenie gitary (tak, to było bardzo pouczające doświadczenie) no i nie zapominając o Mateuszu również za miłe towarzystwo na koncercie i w drodze do i z warszawy

poprosimy jakieś 15 cieplej, bo zamarzam

h1

she’s lost control again

kwiecień 3, 2008

byłam sobie w kinie. dawno w sumie, jakieś 2 tygodnie temu z hakiem. przed seansem było burito na szybko, sok pomarańczowy i szukanie biletu po kieszeniach jak to mam w zwyczaju. i co…? seans sie zaczął, a ja słyszałam oddychanie ludzi na sali. cisza absolutna. tak, właśnie tak. przeżycie właściwie niesamowite, film kręcony przez fotografa jest jedną wielką, ruchomą fotografią. ascetyczny w formie i przekazie CONTROL Atona Corbijna wszedł we mnie jak w gąbkę bezpowrotnie. I nagle obraz Joy Division, zespołu który od dawna mnie fascynował stał się pełny. Ian Curtis i jego muzyka to jedno. Nie mnie oceniac, czy to film ‘zły’ czy ‘dobry’, nie jestem krytykiem. Tak czy inaczej bardzo mocno poruszyło..

polecam, bez względu na to, czy ktoś zna ich muzykę czy też nie.

a w zeszłym tygodniu były Kasi urodziny 18 bo już stara jest, i przy okazji zlot DA w Albotaku. miło było zobaczyc tych dobrze znanych już i całkiem nowych znajomych :) zjęcia by me, luszien i qdlaticus

no i na koniec parę słów prawdy które wryły się moją świadomość, tak bardzo adekwatne, a raczej przeciwstawne do tego co teraz robię

a jednak…

no i obiecuję, że zdjęcia pojawią się dziś na digarcie jakieś. a jak się nie pojawią to niedługo będą na blogu

h1

zerojedynki.

styczeń 24, 2008

od dawna nie spadł tutaj prawdziwy deszcz. co najwyżej kwaśny. kwas ten nie bierze się znikąd. podejrzewać można że ogólna zła atmosfera wpływa na niego niezbyt pozytywnie i do kwasu i kwaśności stąd już nie daleko. a jesli nie deszcz to może chociaż słońce? ale też bez żadnego oszukiwania…?

a świat mój straszliwie zawęził się ostatnio. nie dośc że czarno-biały to wygląda właśnie tak..

\i dziękuję Kasi za propozycję nie do odrzucenia, która padła na matematyce;) nic tylko skorzystać. a co prawda przydałoby się chyba…

mimo, że niebo wisi odwrotnie.

h1

mmm…

wrzesień 19, 2007

niektóre marzenia, chociażby te całkiem dziecięce, się spełniają, a inne są deptane z impetem… i to butami. trampki, glany, szpilki też.

ale nie ma co jęczeć, lepiej zjeść kremówkę, pouczyć się chemii (sic!).  bo następne marzenie ciut ciut…. o…. i już jest na wyciągnięcie ręki. bogini, idolka moja chociaż to niezupełnie dobre słowo… tadaaam…. tak, tak! nadchodzi! a jeszcze niedawno siedziałam z herbaty kubkiem na parapecie i zastanawiałam się jakby to pięknie było móc pójść na koncert tej jakże niezwykłej i niebanalnej kobietki… no i proszę bardzo! 29 października Róisin Murphy gra w krakowskim Klubie Studio. teraz wystarczy tylko kupić bilecik żeby móc usłyszeć i zobaczyć…

i kto by pomyślał, że kiedyś Ania będzie słuchała takiej muzyki.

uh. no i akurat w sobotę ostatnią grał akurat. wyskakałam wszystkie moje dołki i smutki i inne takie. i chociaż narosło dużo nowych i świeżych to jakaś tajemnicza energia się przyplątała…